piątek, 14 listopada 2008

Saoude - kolejny raz :)

Kolejny raz odwiedziliśmy malownicze Saoude! Po 1,5 miesiąca krajobraz trochę się zmienił ... trawy zaczęły wysychać, przejrzystośc powietrza jest duużo gorsza dlatego też zdjęcia są trochę jakby zamglone ;)

W podróż na północ wyruszyliśmy 11 listopada ... święto i my także świętowaliśmy ...



w Karze zjedliśmy obiadek :) i mieliśmy internetu pod dostatkiem! ;) taka knajpka!

Potem był odpoczynek świąteczny na basenie ...







Później wyruszyliśmy dalej :) do celu podróży...
W aptece w Saoude czekała na nas Beata ...





Następnego dnia trochę pozwiedzaliśmy :) były zwierzaki w rezerwacie (szkoda, że te trawy jeszcze takie wysokie ... mało było widac)


Małpka :) cudowna!







Uciekające stado!!!


Zółwik ;) hihihihihi - ciężki!


A na Baobabach ... taaaaaakie ule!!!


Potem pojechaliśmy do Taberny ... miejsce gdzie ludzie żyją w "piętrowych domach" - niesamowite i magiczne zarazem :) jest ich teraz bardzo mało, ale wrażenie robi ogromne!







Mieliśmy też okazję wejśc do brzucha Baobabu ... w takich drzewach mieszkał kiedyś ten lud budowniczych, zanim wybudowali swoje domy.






To był nasz ostatni pobyt w Saoude w tym roku ... ;) może uda nam sie kiedyś jeszcze odwiedzic te okolice, może Was tam zabierzemy :)

poniedziałek, 10 listopada 2008

Fotoreportaż ;)

.
Mało tekstu – dużo zdjęć! To jest to, co niektórzy bardzo lubią, hihihihi :) Dwa fotoreportaże specjalnie dla wzrokowców!

Wczoraj Pierre (jeden z chłopaków, którzy często nam w czymś pomagają – on akurat świetnie asystuje Fabianowi przy organizowaniu „kina”) zabrał nas na mecz piłki nożnej!!! To druga liga, ale kto wie – może któryś z graczy trafi kiedyś do jakiegoś znanego nam klubu? To się zdarza! 3mamy kciuki :)

A więc mecz: „Adbajo Club” z Tchébébé kontra Kazabua … oczywiście Tchébébé wygrało 2:1 :) jupi!






Jednym z sędziów był nie kto inny, jak nasz znajomy fotograf:)



Niedługo chłopaków czeka mecz w Soutoubua … chyba z nimi pojedziemy i będziemy im kibicować! ;)


*****************
A teraz trochę zdjęci z innej okoliczności! Dużo dzieci przyszło ostatnio na świat w Tchébébé :) razem z mamą Mirandy – Abire – odwiedziliśmy niedawno kilka razy miejscowy szpital/przychodnię, gdzie spotkaliśmy szczęśliwe mamy z pociechami! A w piątek jednemu katechiście też urodziło się dziecko :)





... więc w sobotę odwieźliśmy całą rodzinkę do ich wioski… oto zdjęcia z podróży „na pace”…














To by było na tyle ;) jutro czeka nas druga częśc szkolenia kulturowego - czyli podróż na północ do Saoude ... :) do końca tygodnia jesteśmy bez internetu!

Całujemy Was gorrrąco!

piątek, 7 listopada 2008

Internet działa! miłego czytania ;) hihihihihi

Ile czasu potrzeba, by przejechać trochę ponad 30 km?

Różnie bywa – nawet w Polsce ;) Nam to zajęło dwie godziny – dwie godziny ciągłej jazdy, bez przystanków, nierównym tempem … maksymalnie 20-30 km/h bo więcej się nie dało. Droga, która prowadzi do Afossola Kope wiedzie na wschód, aż do Beninu; nie ma mowy o asfalcie! Górki i dołki, nierówności wyrzeźbione przez strumyki, które jeszcze niedawno płynęły w poprzek (lub wzdłuż) drogi … pora deszczowa już za nami, nawet nie pamiętam kiedy ostatnio padało – 2, 3 tygodnie temu? I teraz ta droga tak niedawno błotnista schnie i pęka. A te rwące kilkumetrowej głębokości rzeki? - nie ma ich prawie! Jechaliśmy przez wioski schowane tam przed światem; po dwóch stronach drogi teki z liśćmi wielkości poduszek, wysokie trawy prawie na 4m, poletka bawełny, kukurydzy, fasolki…





Wyjechaliśmy z Tchebebe przed dziewiątą rano, a już dało się odczuć nadciągający skwar. Darowaliśmy sobie klimatyzację w samochodzie wziąwszy pod uwagę moją chrypkę ;) tak więc otworzyliśmy okna i sunęliśmy powoli naprzód :) a do samochodu wpadał ciepły, choć rześki powiew wiatru – to harmatan, który nadciągnął niedawno z północy; wiatr niosący ze sobą czerwony pustynny pył. To ten wiatr sprawia właśnie, że noce stają się chłodne, a poranki wręcz zimne! Wiem, że temperatura około 20 stopni o 6 rano w listopadzie to dla niektórych marzenie;) ale tutaj jest naprawdę … zimno! Idąc do kościoła na poranną mszę zakładam długie spodnie i polar, a i tak nie czuję się komfortowo;) dzisiaj nawet zastanawiałam się nad założeniem skarpetek i krytych butów …

Wiatr jest powodem chrypki, bólu gardła, kaszlu ;) Siostry Marianistki śmieją się, że to „chrzest harmatanowy” i życzą zdrowia, a Jacques mówi, że w styczniu będzie jeszcze zimniej! Nie da się ukryć - jak wrócimy do domu to raczej będzie na minusie ;) Harmatan ma jeszcze jeden minus – ten drobny pyłek, który włazi wszędzie; osadza się na przedmiotach, książkach, pcha się do aparatu i komputera chociaż trzymamy je zamknięte w torbach; kurz jest wszędzie!

Ale wróćmy do Afosaola Kope. Pojechaliśmy tam w środę z wizytą do misjonarza SMA, który w Afryce spędził już niemal 40 lat! Ma tam niesamowitą misję – teren ogromny, podobno około 27 hektarów, ale nie wiem czy ktoś to kiedyś zliczył. I to co podobało by się Hubertowi – jest tam i rzeczka, co płynie gdzieś w trawach, i jakieś podmokłe tereny co zamieniają się w bajorka jak deszcz popada, są różne drzewa i niewykluczone, że jakieś zwierzęta może też by się znalazły (nie licząc kur!). Tak to wygląda, z tym, że brak prądu, zasięgu, telefonu – po prostu sama natura i już :)



30 kilka kilometrów przejechanych w dwie godziny – przyjemna podróż, chociaż umęczeni z niej wróciliśmy. W dwie godziny można przejechać 200 km; „piętnastki” w dwie godziny idą jakieś 11-12 km :) nie mogę się doczekać pielgrzymki ;) Nos mam zimny jak sopelek! To harmatan, brrrrr – zimno ;)

poniedziałek, 3 listopada 2008

Święto zmarłych...

Napisałam Wam tego posta w sobotę ... tak światecznie było i nastrojowo:) ale internet zawiódł ... i nie mieliśmy połączenia aż do teraz ... dlatego też taki spóźniony, ale ważne, że się udało! Miłego czytania kochani! :)



1 listopada 2008...
Dzisiejsze święto wyjątkowo ciepłe… nie tak jak co roku;) wiemy z pewnych źródeł, że u Was też pogoda baaardzo się postarała! U nas termometr w pokoju pokazuje 31 stopni – na zewnątrz jest jednak trochę więcej. Co nam przyniósł dzisiejszy ciepły dzień?
O 7 rano mieliśmy uroczystą Mszę Świętą, jak w niedzielę były śpiewy przy instrumentach, dużo ludzi, pełno rozradowanych dzieciaków. Siódma rano a już było upalnie… po mszy poszliśmy z procesją na cmentarz – jeden z wielu, bo każda dzielnica ma osobny.





Zaplątaliśmy się z Fabianem w tłumie i odłączyliśmy się od Kingi i o. Jana, którzy pojechali w inne miejsce. Z nami wybrała się Iren i Sarija :) co sprawiło nam trochę radości, bo dziewczyny raczej nie są z rodzin katolickich… ale od jakiegoś czasu dzielnie przychodzą z nami do kościoła :) do cmentarza szliśmy około 1 km – taka mała pielgrzymka…





niektórzy szli sami, inni w małych grupkach, rozmawiali, śpiewali, modlili się, nieśli w rękach kwiaty i świeczki. Cmentarz położony jest niedaleko drogi, wśród młodych drzew (tekowy lasek), nie jest duży – kilkadziesiąt grobów, niektóre murowane, inne usypane z piachu, niektórych wcale nie można odróżnić od ziemi - tylko czasem po kwiatku czy świeczce można było poznać, że ktoś jest tam pochowany.




Richard powiedział nam, że kiedy jeden cmentarz się „zapełni” wtedy robią następny trochę dalej – z tym, że tutaj nie ma takich „zapełnionych”, dużych jak u nas. Mijaliśmy jeden taki po drodze – nikt by nie poznał, że to cmentarz gdyby ktoś mu nie pokazał.

Kiedy doszliśmy na miejsce jeden z katechistów poprowadził krótką modlitwę, a po niej każdy poszedł zapalić światełko i pomodlić się przy grobach swoich bliskich zmarłych.



Tylko nasza czwórka nie miała do kogo się udać … Iren i Sarija mają bliskich na innym cmentarzu lub w okolicy domu, a ja i Fabian – trochę dalej, jakieś 7 000 km dalej … ale nasze rodziny i znajomi (jak Magdalena!) zapalili od nas świeczki naszym bliskim zmarłym, a my modliliśmy się za nich tutaj.

Czego nam zabrakło w tym dniu ciepłym i świątecznym? Zabrakło krzątaniny rano, pakowania się do samochodu i zastanawiania czy wszystkie świeczki wzięte;) czy ktoś ma zapałki i kto weźmie ze sobą babcię??? Zabrakło listopadowego chłodu i spadających liści, zabrakło spotkań z rodziną i znajomymi na cmentarzu przy grobach naszych bliskich, zabrakło zapachu palonych zniczy i „pańskiej skórki” pod cmentarzem … a po powrocie do domu ciepłych flaków i szarlotki. Zabrakło nam też wieczornego widoku tysięcy palących się świeczek …